Wracam na bloga, choć, Bóg mi świadkiem, jeszcze 10 minut temu nie miałam takiego zamiaru. Przeglądając blogi na interii przypomniało mi się, że, hej, ja też miałam niegdyś internetowy dzienniczek! (a raczej miesięczniczek), którego nie chciało mi się prowadzić. Dziś też mi się nie chce, dlatego dodam notkę, a co!
Moje życie fiknęło koziołka od czerwca zeszłego roku. Poznałam Grzesia, było miło, poznałam Daniela, było trochę mniej miło, aż wreszcie trafiłam na Tomka i było koszmarnie, ale zostałam na dłużej, ponieważ samoumartwianie się i autodestrukcja to coś, w czym jestem dobra. Nie ma to jak długoletnia praktyka.
Tomasz jest przystojnym mężczyzną. Widzę to nawet dziś, kiedy się nienawidzimy i obrzucamy błotem w esemesach, i widujemy w pracy, a ja po prostu muszę rzucić okiem na jego dobrze ścięte włosy i elegancki kształt głowy, choć wiem, że on ten rzut okiem zarejestruje i zinterpretuje na moją niekorzyść a swoją korzyść. Ale muszę, choć się nie znosimy.
Wczoraj, w esemesie, nazwał mnie suką, i napisał, że skoro ja jestem suką, to on zacznie być chujem. Przypomniałam mu, że już nim jest, od jakiegoś czasu, chyba tego nie zauważył, a kłótnia zaczęła się od tego, że chciał pożyczyć ode mnie pieska, żeby sobie z nim pobiegać. Podobno się stęsknił. Już prędzej uwierzę w lewitującą fasolę.
Absurdalna sytuacja. Sunia jest moja, a raczej mojej siostry, nie mogę jej tak po prostu "wypożyczyć". Niedługo wystąpi do sądu o prawo widywania się z nią, i oskarży mnie o bycie złą "zastępczą" panią, bo nie mam czasu jej porządnie wybiegać. Jak w ogóle można pożyczać psa? Zakład, że bajeruje jakąś pannę, która "uwielbia kotki i pieski", umówił się z nią na randewu i chce się jej pokazać jako wielki przyjaciel zwierząt. "Wiesz, mała, wyprowadzam psa sąsiadce której amputowano obie nogi, ale nie biorę za to pieniędzy, jakżebym śmiał".
Och, ach.
Mieszkaliśmy razem od kwietnia do lipca. Dłużej nie daliśmy rady ze sobą przebywać pod jednym dachem. Wyniosłam się z powrotem do mamuśki, z podkulonym ogonem, na tarczy, ze łzami w oczach i z kołdrą na głowie, bo nam pożyczyła; w końcu kiedy się wyprowadzaliśmy mieliśmy tylko po kubku na łebka i po parze gaci.
Kasia pożyczyła nam żelazko, ale się zdupcyło. Muszę jej odkupić. Założyliśmy sobie stałe łącze, ale ani dnia z niego nie korzystałam, bo jeśli w Umowie z Netią stoi napisane, że założą neta w terminie do 40 dni to można być pewnym, że się człowiek mile nie rozczaruje i net faktycznie zostanie założony dnia czterdziestego. A ponieważ ja, a nie on, podpisałam się pod umową, zostałam obciążona wszelkimi kosztami. Fakturka opiewa obecnie na kwotę 300 zł. Czy Tomek zechciałby zapłacić za fakturę? Za usługi z których ja nie skorzystałam ani razu natomiast on korzysta już od dobrych dwóch miesięcy? Nie sądzę. Nawet się nie pytałam, bo się szanuję. Strzeliłam klasycznego focha, a błaganie go o pieniądze jest poniżej mojej godności. Już prędzej sprzedam nerkę. Zresztą słyszałam, że nie ma obecnie pieniędzy, gdyż wykosztował się na ławeczkę do ćwiczeń. Będzie sobie pompował bicepsy i tricepsy i napychał się suchym makaronem z jajkami na twardo. Powodzenia, chłopcze.
Wciąż czekam na dzień, w którym stwierdzę, że pozbierałam się po tym toksycznym związku. Dwa miechy minęły, a ja wciąż tęsknię. Bezdenny kretyn, bezdenna kretynka. Czyli siebie warci;P